Od dawna obiecywałam sobie, że wybiorę się na poznańską Cytadelę. Nie byłam tam od wieków! Koniecznie chciałam zobaczyć rzeźby Magdaleny Abakanowicz i, oczywiście, spróbować je sfotografować. W końcu odnalazłam je - tłum rdzawych figur na środku rozległego trawnika.
Było słoneczne popołudnie. Bezgłowe, bezrękie, wydrążone postacie rzucały na siebie wzajemnie głębokie cienie. Bezładny, ruchliwy tłum wędrowców sprawiał wrażenie, że za chwilę rozpierzchnie się wśród otaczającej zieleni. Żaden z nich nie zdecydował się jeszcze opuścić platformy, choć było dla mnie jasne, że taki mieli zamiar. Z jednej strony żeliwo, kamień i martwota, a tuż obok, dookoła zielona murawa, drzewa, spacerowicze, rozmowy, śmiechy i śpiew ptaków, słowem - tętniące życie.
Nie byłam jedyną, która zbliżyła się do rzeźb. Wiele osób podchodziło, przechadzało pomiędzy rzeźbami, robiło sobie zdjęcia, dyskutowało o tym, co autorka miała na myśli. Dzieci bawiły się z rodzicami w chowanego lub próbowały zliczyć figury. Choć początkowo nie byłam zachwycona obecnością ludzi, wkrótce dotarło do mnie, że w ten oto sposób życie wkracza tu z zewnątrz, wnosząc ruch i energię. Zrozumiałam, że pośród rzeźb powinnam poszukać niezbitych dowodów życia, i że właśnie to chcę sfotografować :-)