Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Between White and Black. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Between White and Black. Pokaż wszystkie posty
6 stycznia 2021
31 stycznia 2019
Cienie zenitu
Na terenie hotelu żyje stadko wróbelków. Myślę, że nie mają lekkiego życia. Wyglądają na zabiedzone, choć może być to wrażenie Europejczyka, wszak w tak gorącym klimacie nie potrzeba wielu piórek. Mowa o Egipcie i hotelu w rejonie Marsa Alam - na skraju pustyni i morza, jakieś 300 km na południe od Hurghady, miejscu, w którym nie wykazuje się obecności wróbla.
Poza komarami nie ma tam owadów ani ulubionych ziaren, zatem hotelowe wróble zdane są na łaskę człowieka. Widać to po nich - nie są specjalnie płochliwe, ale znają swoje miejsce w szeregu i zawsze trzymają się razem. Nigdy nie widziałam, by pozwalały sobie na plądrowanie pozostawionych talerzy z jedzeniem czy... zanieczyszczenie miejsc przeznaczonych do użytku gości. Nigdy się nie czubiły, nie hałasowały, nie domagały czegokolwiek, we własnym zakresie starając się dać sobie radę. Coś do jedzenia zawsze im się dostało, zwykle niewiele, ale wiedziały, że musi wystarczyć. Za to zawsze mogły liczyć na słodką wodę z basenu.
Czemu opowiadam o wróblach? Bo natknęlam się na nie w miejscu, w którym światło i cień, w tej najgorętszej części dnia, zdawały się znajdować w doskonałej równowadze. No i chciałabym znaleźć się tam znowu. Tymczasem tak tylko sobie wspominam :-)
Poza komarami nie ma tam owadów ani ulubionych ziaren, zatem hotelowe wróble zdane są na łaskę człowieka. Widać to po nich - nie są specjalnie płochliwe, ale znają swoje miejsce w szeregu i zawsze trzymają się razem. Nigdy nie widziałam, by pozwalały sobie na plądrowanie pozostawionych talerzy z jedzeniem czy... zanieczyszczenie miejsc przeznaczonych do użytku gości. Nigdy się nie czubiły, nie hałasowały, nie domagały czegokolwiek, we własnym zakresie starając się dać sobie radę. Coś do jedzenia zawsze im się dostało, zwykle niewiele, ale wiedziały, że musi wystarczyć. Za to zawsze mogły liczyć na słodką wodę z basenu.
Czemu opowiadam o wróblach? Bo natknęlam się na nie w miejscu, w którym światło i cień, w tej najgorętszej części dnia, zdawały się znajdować w doskonałej równowadze. No i chciałabym znaleźć się tam znowu. Tymczasem tak tylko sobie wspominam :-)
16 stycznia 2019
Paprocie w szarościach
Wiecie jak to jest, gdy od czasu do czasu, raczej rzadziej niż częściej, miewa się ochotę, by sięgnąć po coś, za czym niekoniecznie się przepada, ale co w jakiś sposób intryguje i zachęca, by tego spróbować lub się z tym zmierzyć? Minęło kilka miesięcy odkąd zamieniałam kolory na odcienie szarości, a czas ten wypełniły mi zmagania z okiełzaniem barw właśnie, te zaś najczęściej nie były mi posłuszne. Gdy więc trafiłam na zdjęcia paproci z Mojego Lasu, niemal całkowicie zielone kadry, po iluś tam próbach obróbki w kolorze, w końcu, zwyczajnie, opadłam z sił.
Choć przyczynkiem do obróbki zdjęć w konwencji czarno-białej była moja bezsilność, to zgodnie z prawdą dodam, że zaraz potem pojawiła się ciekawość i twórcza determinacja. Jednym "cięciem" pozbawiłam pierwszy kadr koloru i nagle - zdjęcie, przynajmniej w moich oczach, zyskało. Znów więc zapaliłam się do obróbki czarno-białej i z mieszaniną ciekawości i zdumienia oceniałam kadry najpierw w wersji kolorowej, a później monochromatycznej, nie zawsze przewidując który z nich zyska, bądź straci na takim przekształceniu. I tym razem, w wyniku świadomej rezygnacji z kolorów, o tych ostatnich dowiedziałam się czegoś nowego. Zabawne, ale i pouczające jest dla mnie jeszcze takie spostrzeżenie - jeśli zdjęcie nie prezentuje się dobrze ani w kolorze, ani w szarościach, to spokojnie można (wręcz warto!) je skasować :-)
Tymczasem przedstawiam kilka ujęć paproci, które na chwilę obecną, w miarę pomyślnie przeszły wyżej opisaną weryfikację.
Choć przyczynkiem do obróbki zdjęć w konwencji czarno-białej była moja bezsilność, to zgodnie z prawdą dodam, że zaraz potem pojawiła się ciekawość i twórcza determinacja. Jednym "cięciem" pozbawiłam pierwszy kadr koloru i nagle - zdjęcie, przynajmniej w moich oczach, zyskało. Znów więc zapaliłam się do obróbki czarno-białej i z mieszaniną ciekawości i zdumienia oceniałam kadry najpierw w wersji kolorowej, a później monochromatycznej, nie zawsze przewidując który z nich zyska, bądź straci na takim przekształceniu. I tym razem, w wyniku świadomej rezygnacji z kolorów, o tych ostatnich dowiedziałam się czegoś nowego. Zabawne, ale i pouczające jest dla mnie jeszcze takie spostrzeżenie - jeśli zdjęcie nie prezentuje się dobrze ani w kolorze, ani w szarościach, to spokojnie można (wręcz warto!) je skasować :-)
Tymczasem przedstawiam kilka ujęć paproci, które na chwilę obecną, w miarę pomyślnie przeszły wyżej opisaną weryfikację.
25 października 2018
18 września 2018
13 sierpnia 2018
Kwiaty marchwi w szarościach
Kilka kolejnych kadrów z zalanego słońcem parapetu. Tym razem kwiatostany marchwi zwyczajnej.
Było tyle światła, kwiaty białe, łodyżki jasnozielone, że nie sposób było "mścić" się na czerń. Przynajmniej ja nie potrafiłam znaleźć na to sposobu. Jest więc trochę szaro, ale (mam nadzieję) nie ponuro.
Było tyle światła, kwiaty białe, łodyżki jasnozielone, że nie sposób było "mścić" się na czerń. Przynajmniej ja nie potrafiłam znaleźć na to sposobu. Jest więc trochę szaro, ale (mam nadzieję) nie ponuro.
1 sierpnia 2018
Cienie na parapecie
Od kilkunastu dni mamy prawdziwie upalne lato, a z każdym następnym robi się goręcej. Słońce przypieka już od wczesnych godzin rannych, ukrop i duchota obezwładniają. Ze względu na chmury, które wzbudziły moje zainteresowanie, poczytuję nieco na temat zjawisk wpływających na stan pogody. I wiecie, czego się dowiedziałam?
Mamy kanikułę! Wydawało mi się, że jest to rosyjskie słowo oznaczające wakacje. A tu, proszę, łacina się kłania! W meteorologii termin canicula (czyli... piesek, choć dotyczy Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa) to kilku(nasto)dniowy okres na przełomie lipca i sierpnia kiedy to zwykle przypadają najgorętsze dni lata, a jednocześnie w tym właśnie czasie Syriusz jest bardzo dobrze widoczny na porannym niebie.
Rolety nisko opuszczone, by choć trochę powstrzymać żar lejący się z nieba, a na parapecie świetlne widowisko. Wystarczyło coś na nim postawić, najlepiej szklanego, i już miałam zajęcie na długie minuty ;-)
Mamy kanikułę! Wydawało mi się, że jest to rosyjskie słowo oznaczające wakacje. A tu, proszę, łacina się kłania! W meteorologii termin canicula (czyli... piesek, choć dotyczy Syriusza, najjaśniejszej gwiazdy w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa) to kilku(nasto)dniowy okres na przełomie lipca i sierpnia kiedy to zwykle przypadają najgorętsze dni lata, a jednocześnie w tym właśnie czasie Syriusz jest bardzo dobrze widoczny na porannym niebie.
Rolety nisko opuszczone, by choć trochę powstrzymać żar lejący się z nieba, a na parapecie świetlne widowisko. Wystarczyło coś na nim postawić, najlepiej szklanego, i już miałam zajęcie na długie minuty ;-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






