Minął już cały rok odkąd utraciłam Mój Las. Brakuje mi go, ale nie chcę już tam jeździć. Gdy Sucha Łąka została sprzedana i poszatkowana na kilkadziesiąt działek budowlanych (praca już wre!), zrozumiałam, że Mój Las przestał istnieć. Niedaleko, tuż za brzozowym zagajnikiem, gdzie pośród strzelistych brzóz rosną równie strzeliste
sosny kandelabrowe (nigdzie więcej takich nie widziałam!) wyrasta osiedle kilkunastu trzypiętrowych bloków. Skończyła się sielanka, las został zdegradowany do roli zadrzewienia międzyosiedlowego (z betonu, rzecz jasna).
Las, głównie bukowy z domieszką ogromnych sosen, a czasem i dębów, niedawno przemierzany w codziennej drodze na plażę (przez kilka dni raptem), nieodmiennie budził mój zachwyt. Próbowałam przypomnieć sobie czy widziałam podobny las gdzie indziej. Nie, a jeśli nawet, to tylko przelotnie, bez okazji przechadzania się pośród drzew. A te, rosnąc swobodnie, sprawiały wrażenie, że zastygły w chwilowym bezruchu podczas nieśpiesznego tańca ku zachodzącemu słońcu, wiszącemu nad bezkresem morza.